niedziela, 21 marca 2010

furs dekada

200. Mahjongg - Tell The Police The Truth

Twórczości grupy Mahjongg jednych zachwyca i intryguje, innych drażni i irytuje, jednak zarówno pierwsza, jak i druga grupa odbiorców jednogłośnie przyznają, że zespół nie jest im obojętny, że ciężko obok niego przejść obojętnie. „Tell The Police The Truth” to na gruncie tekstowym gorzki persyflaż wycelowany w metody działania amerykańskiej policji, ale przede wszystkim próba stworzenia melodyjnej kompozycji, składającej się niemal wyłącznie z atonalnych dźwięków gitarowo-elektronicznych, opartej na kilku połamanych, nałożonych na siebie i zapętlonych motywach rytmicznych. Próba wyjątkowo udana, dodajmy. Wisienką na torcie (czy raczej gwoździem do trumny, biorąc pod uwagę odsetek sympatyków Mahjongg) są tutaj wyeksponowane na pierwszym planie, charakterystyczne dla brzmienia zespołu klawisze, imitujące ośmiobitowe dźwięki wydawane przez zabawkowe pistolety dwadzieścia lat temu. Brzmi przyciężko? Bez obaw, to i tak jeden z najbardziej przystępnych utworów tej nowojorskiej formacji. (emu)



199. Half Man Half Biscuit - Joy Division Oven Gloves

W dalszej części ta lista zrobi się bardzo błyskotliwa i wyrafinowana, ale zanim to nastąpi, trochę niewyszukanej rockowej napierdalanki z „uuu” w refrenie i prawdziwą gitarową solówką (to nawet materiał zapoznawczy dla młodszych czytelników, którzy nie znali wcześniej takiego wyrażenia). Też przykład na to, że schemat „zespół z Liverpoolu (niech będzie że Birkenhead) śpiewajacy o Joy Division” ma dłuższą tradycję niż debiut The Wombats. Całe szczęście tutaj nie mamy do czynienia z celebrowaniem ironii, tylko, jak zwykle, celną i zabawną satyrą na popularność indie – Nigel Blackwell jakby przepowiedział buty z podeszwami w „Unknown Pleasures”. Może i miał bardziej błyskotliwe teksty w dorobku, ale ten wygrywa jeśli chodzi o nośność. No i w końcu humour does belong in music. (koralgol)



198. Pterodactyl - First Daze

Choć komplet atutów Pterodactyla ujawnia dopiero cały materiał zawarty na płycie „Worldwild”, to kawałek „First Daze” można potraktować jako asa pik w tym zestawie. Ta piosenka jest w stanie przytłoczyć bardziej wrażliwego słuchacza za sprawą wariackiej galopady perkusyjnej, zmian tempa, agresywnej elektroniki i radykalnego wokalu. Ale podjąć próbę zmierzenia się z tym mini-arcydziełem, aby zrozumieć, że wszystkie te zabiegi nie mają na celu stworzenia muzycznego dziwadła, lecz składają się na spójną, przemyślaną i przede wszystkim cholernie inteligentną koncepcję. „First Daze” to psychodeliczna, eksperymentalna kompozycja, nie ustępująca jakością twórczości takich tuzów jak Animal Collective, Oneida czy Mi Ami, a pod względem energetycznym nawet je przewyższająca. (emu)



197. A Silver Mt. Zion - Movie (Never Made)

Efrim Menuck – lider A Silver Mt. Zion, zespołu znanego jako post-rockowy w dziedzinie liryków mogłoby się wydawać do powiedzenia nie ma za wiele. Tymczasem „Movie (Never Made)” już samym tytułem daje do myślenia. Jego głos słaby technicznie, łamiący się, chwiejny, ale do bólu prawdziwy jak u Manguma czy Obersta. Wtóruje mu jedynie pianino i smyki też niezbyt śmiałe, raczej żałobne. No i te wymawiane słowa: on silver mount zion all buried in ruins we was dancing the hora until we vomited blood, the towers had fallen and the wind called my grandfather’s name. Poetyckie odwołanie do judaistycznych korzeni. Siła przekazu i potęga interpretacji leżą paradoksalnie w kruchości. Zwróćmy uwagę na emocję w głosie Efrima przy let’s televise and broadcast the raping of kings i rozklejającym cause the people united is a wonderful thing… . Już to wystarczy żeby rozłożyć na łopatki. No a największy dreszcz nastaje chwilę później. Po kolejnej chwili ciszy jakich jest tu wiele, gdy padają słowa I know that you’re dying and I know I’m unwell. I niech mi ktoś powie, że nie zasługuje to na miano utworu dekady. (zwolniak)



196. Sian Alice Group - Contours

Tak jak na całej płycie „59’59” Sian Alice Group potrafili zmieniać styl w każdej kolejnej piosence, tak i tutaj początkowe gitarowe brzmienie kojarzące się ze Spacemen 3 ustępuje miejsca ambientowej ciszy, która przeradza się z kolei w plemienny trans. Tak, istnieją utwory bez melodii, refrenu i zapamiętywalnego motywu, w których ciągle coś się dzieje. (koralgol)



195. Avey Tare & Panda Bear - April And The Phantom

21-letni młokos Dave Portner wpada na pomysł napisania skomplikowanego kawałka. Nie korzysta z utartych ścieżek, z otwartym umysłem tworzy coś świeżego i oryginalnego. Najpierw słodka melodyjka bliska może Mercury Rev, prawie natychmiast skonfrontowana z drastycznym trzeszczeniem. Avey zaczyna snucie nietypowej opowiastki. O dziewczynie i zagadkowym fantomie. Duchu? Kochanku? Wyimaginowanym przyjacielu? Jest tu narratorem, ale wciela się zarówno w niego jak i w April. Cienki, anemiczny głosik przechodzi od psychodelicznych szeptów do rozpaczliwych wrzasków. Sto procent emocji i zaangażowania. W unikalny sposób przygrywa mu perkusja Pandy. Chwyta za serce desperacko wykrzykiwane I’m not right, I’m not faking! I am burning and I’m shaking! April no it’s just a spirit!, I am there, the end is nearing!. I nawet jeśli nie do końca wiemy o co chodzi to i tak czujemy się poruszeni. (zwolniak)



194. Gang Gang Dance - Princes

Czasy nowożytne w muzyce indie, w kulturowym tyglu, w posmodernie i dekonstrukcji. W czterech minutach upchane echa trybalnych odgłosów z wiosek na Pacyfiku, rytualnych indyjskich czy też szerzej azjatyckich zaśpiewów, akademickich ‘staroeuropejskich’ partii fortepianu oraz ,unikatowo w tym kawałku, rapowanych kwestii Strydera. Oczywiście nie było by postmoderny, gdyby nie polać tego absolutnym, uniwersalnym, elektrososem. Mieszanka wybuchowa – niektórych wysadza w kosmos doznań, innych niszczy przy pierwszym dotknięciu. (held)



193. Thee More Shallows - Fly Paper

“Fly Paper”, a w zasadzie cała płyta „The Book Of Bad Breaks”, zmieniła diametralnie wizerunek kapeli Thee More Shallows, kojarzonej dotąd raczej jako twórców chwytliwych, indie-rockowych piosenek. Przejście na stronę psychodelicznego eksperymentalizmu, zahaczającego o post-rock czy nawet post-punk było jednak strzałem w dziesiątkę, bo jak się okazało, wyobraźnia Dee Keslera przełamuje stylistyczne ramy, które wydawały się ograniczać twórczość zespołu. Ten kalifornijski muzyk jest niczym drzemiący wulkan, który zamiast eksplodować, wprowadza tylko ziemię od czasu do czasu w drgania, podtrzymując nieustanną atmosferę podskórnego napięcia i niepokoju. (emu)



192. Beirut - The Canals Of Our City

Według jednej z teorii - piosenka o czasie. Słowa tall hair under it all, much more than I once had over seas… mogą tę opcję potwierdzać. Ciekawsze jest jednak jak ten niewielki skrawek tekstu Zach Condon potrafi bez większych przerw przeciągnąć do rozpiętości ponad dwóch minut. Ponadto zrobić to tak ładnie i dostojnie jak chyba niewielu innych potrafi. Mury znikają ponad morzami, ale nie dla mnieeeeeeeeee. Wtórują mu trąbka, gitara, akordeon. (zwolniak)



191. Blockhead - The Strain

Dziwna sprawa z tym Blockheadem. Nagrywając swoją najlepszą płytę wydał ją jedynie w limitowanej wersji. Fakt, że są to trochę inne dźwięki niż miał w zwyczaju tworzyć wcześniej, ale to żadne usprawiedliwienie. Bezbłędne użycie sampli wokalnych i posklejanie różnych fajnych motywów tworzy kapitalną mieszankę. Gdyby ta płyta miała singla to The Strain byłby najpoważniejszym kandydatem. (arfisz)